Przeskocz do treści

W różnych częściach internetu (rzadko niestety w naszym przaśnym, polskojęzycznym) pojawiają się artykuły o tym, jak różne kraje w regionach biedniejszych niż Europa borykają się z problemem importu śmieci. Kraje słabe, ekonomicznie gorzej rozwinięte zasypywane są śmieciami z krajów bogatszych. Nie chodzi tu o import śmieci o dużej wartości, z których w procesie recyclingu odzyskuje się cenne materiały do dalszego użytku. Zazwyczaj chodzi o odpady trudne w przetwarzaniu, bądź takie, których koszt przetworzenia jest wyższy niż koszt wysłania statkiem do kraju, który za małą opłatą pozwala wyrzucać u siebie co popadnie. Tak się dzieje w krajach biednych.

Tymczasem jest w Europie kraj, znajdujący się na 10 miejscu na świecie wedle wskaźnika rozwoju społecznego, kraj który wstał przecież z kolan i ma świetny, zajmujący się Ważnym Rzeczami kraj. Ten kraj to Polska oczywiście, kraj który po latach bycia "państwem z dykty" raźno zmierza ku świetlanej przyszłości, w którym wystarczy grymas skrzywienia najwyższych czynników partyjnych, by każdy problem ustrojowy został natychmiast (choć bez końca) poddany procesowi legislacyjnemu. Jak widać gospodarka odpadami nie należy do spraw istotnych dla rządu będącego blisko ludzi. Śmierdzi? Przecież śmieci muszą śmierdzieć! I nie będą nam inne kraje mówić, że nie musi, że sprawna administracja, wyposażona w dobre przepisy może skutkować dobrze działającą gospodarką odpadami.

W 2014 po raz pierwszy od dłuższego czasu podjęto próbę rozwiązania problemu śmieci  komunalnych. Dla tych, którzy nie  pamiętają - odpowiedzialność za gospodarkę odpadami przekazano gminom, które dostały również narzędzia do realizowania swoich obowiązków. Każde gospodarstwo domowe musiało podpisać umowę z gminą na wywóz śmieci, która zobowiązywała się do odbioru odpadów ze wszystkich gospodarst na swoim terenie. System ten zastąpił poprzednie rozwiązanie, w którym każdy podpisywał (a często nie podpisywał) umowę z wybraną firmą. Wprowadzenie kompleksowego rozwiązania skończyło z sytuacją, kiedy obowiązek posiadania umowy na wywóz śmieci był fikcyjny, bo niesprawdzalny (Taki wariant obowiązuje nadal w odbiorze nieczystości płynnych, o czym można organoleptycznie się przekonać jeżdżąc rowerem po terenach zabudowy jednorodzinnej). Śmieci komunalne przestały płynąć do lasów, rowów i sąsiadów. W wielu gminach problem dzikich wysypisk zniknął (choć zależało to od sprawności samorządu i umiejętnego wdrożenia przepisów reformy), w wielu gminach (szczególnie poza miastami) cena wywozu śmieci spadła (w naszym przypadku o ponad 60%, ale wcześniej śmieciarka przyjeżdżała tylko do kilku domów przy naszej ulicy, więc koszt usługi musiał być wysoki), a lasy przestały rodzić drzewa klozetowe, butelkowe i plasticzane.

Reforma z 2014 nie była jednak doskonała i nie uregulowała wszystkich kwestii związanych z obrotem odpadami. O ile odbiór śmieci z gospodarstw domowych przestał być problemem (sukces cywilizacyjny na miarę XXI wieku), o tyle to, co się z tymi śmieciami dzieje później nie zostało właściwie rozwiązane. Sprawa leży od lat (jak zwykle w polskim procesie legislacyjnym zabrakło oceny skutków reformy i korekt tego, co nie działa), a dzikie składowiska rosną. Biznes śmieciowy może być bardzo lukratywny - nie bez powodu jest jednym ze znaczących obszarów działania mafii włoskiej. Ponieważ podlega bardzo głębokiej regulacji, pokusa do omijania przepisów i unikania kosztów związanych z właściwą utylizacją odpadów jest duża,  a premia finansowa za nielegalne działania znaczna.

Tymczasem nie stworzono ram prawnych umożliwiających skuteczne egzekwowanie przepisów dotyczących składowania, sortowania i utylizacji śmieci. O dziwo, stworzono system kontroli (w Polsce nawet urzędy kontrolne są zazwyczaj fikcją), który nie daje właściwym organom administracji żadnych środków skutecznego wpływania na kontrolowane podmioty. Przedsiębiorcy łamiący przepisy czują się bezkarni, zarabiając fortunę na składowaniu odpadów "bez żadnego trybu". Nielegalna, uciążliwa działalność jest poddawana procesowi kontroli, wskazywane są wykroczenia, wydawane zalecenia i nakładane symboliczne, zupełnie nieskuteczne kary. Jak można przeczytać w jednym z poniższych artykułów po wielomiesięcznym postępowaniu, niezbitym wykazaniu winy sprawcy, na właściciela firmy składującego odpady niezgodnie z przepisami i zasmradzającego całą okolicę (smród jest zazwyczaj tylko objawem znacznie poważniejszego skażenia środowiska) nałożono mandat w wysokości... 400 złotych. W innym przypadku za uprzątnięcie terenu, na który zwożono śmieci, zapłacić będzie musiała gmina (a mowa o minimum 2,5 milionach złotych), a przedsiębiorca po raz kolejny rozpocznie działalność w nowym miejscu. Co ciekawe, problem narasta - jak każdy, którego rozwiązaniem odpowiednio wysokie czynniki partyjne nie są zainteresowane. Początkowo dzikie składowiska pojawiały się daleko od skupisk ludzkich. Teraz, śmierdzące, trujące i bardzo kosztowne w rekultywacji wysypiska pojawiają się w miastach, nawet 100 metrów od bloków mieszkalnych.

Cechą wspólną poniższych materiałów jest to, że problem jest zdefiniowany, przyczyny jasne, winni znani, konieczne zmiany oczywiste. Nawet jeśli przeprowadzone są do końca wszystkie procedury kontrolne, w obecnym stanie prawnym nie ma możliwości egzekucji przepisów. Jak w tych biednych krajach z początku wpisu, tylko że nie ma to miejsca w upadłych państwach Afryki czy Azji, tylko w środku Europy, w państwie, które ponoć nie jest już teoretyczne i działa sprawnie. Minęły dwa lata tego "nowego Państwa", interwencje poselskie (w sprawie śmieci!!!) się sypią, ale problem nie został podjęty. Może dlatego, że sprawa jest śmierdząca i jaśnie wielmożni politycy zajęci gadaniem o dumie nie chcą zakasać rękawów. Można się przecież ubrudzić.

Materiał Wojciecha Bojanowskiego w Faktach TVN z sierpnia 2017 roku:

Materiał z Portalu Samorządowego

Materiał z programu Uwaga TVN z kwietnia 2018

I świeżutki, z dziś artykuł z Gazety Wyborczej (gazeta nie wspiera content cards więc wstawiam jedynie link):
Zwozili śmieci, by je przerobić na paliwo. Powstało nielegalne, śmierdzące wysypisko

 

Pyłki sosny to jedno z najbardziej wkurzających ale zarazem widowiskowych zjawisk natury w naszym klimacie. Po soszialach krąży filmik z sosną w roli głównej, która po "dotknięciu" przez ciągnik eksploduje pyłkiem, na dobranoc tweet @Trojmiasto_pl z zabarwionym pyłkami morzem 😀

3

Choć nie jest moją intencją, by wrzucać tu teksty głównie o polityce, to przy niedzielnym poranku o polityce właśnie będzie. Bo choć ten #mikroblog ma być odtrutką na zaczadzenie polityką, wynikające ze ślęczenia na Twitterze, to polityka pozostaje dla mnie ważna.

Przeglądając prasę natknąłem się na dwa artykuły, które warte są czytania razem. Pierwszy z nich to analiza Michała Kolanko w Rzeczpospolitej, naświetlająca strategię Grzegorza Schetyny. Analiza może być odpowiedzią na nurtujące wielu zwolenników PO pytanie dlaczego partia ta nie prowadzi spójnej ofensywy programowej, koncentrując się jedynie na działaniach "politycznych". Czy takie działania przewodniczącego umożliwią odzyskanie władzy okaże się w ciągu dwóch najbliższych lat. Chyba nikt mu więcej czasu nie da.

Artykuł dostępny jest tu: Kolanko: Długi marsz Schetyny 

Drugi artykuł to publicystyka Stanisaława Skarżyńskiego. Artykuł niby nie jest o PO, styl jest dosyć ciężki - choć oczywiście może się podobać - ale dla mnie istotna jest teza dotycząca Platformy właśnie. Nie jest ona specjalnie nowa, ale uderza mocno i w mojej opinii celnie. Jest to generalizacja krytyki Tuskowej "ciepłej wody w kranie".  Autor argumentuje, że rządy PO skoncentrowane na modernizacji infrastruktury, przy całkowitym zaniechaniu modernizacji społecznej i ostentacyjnym ignorowaniu prawdziwego fundamentu UE, jakim jest poważne traktowanie praw człowieka rozumianych jako dbanie o godność obywateli doprowadziło nas tu, gdzie jesteśmy.

"Osiem lat rządów Platformy Obywatelskiej miało być czasem, gdy Polska rzeczywiście przyjmie europejskie standardy cywilizacyjne. Tak się nie stało, ale znów wytłumaczyliśmy to sobie właściwościami tutejszej władzy. Europeizacja za czasów PO-PSL znalazła wyraz tylko w projektach infrastrukturalnych – mówiliśmy sobie – bo autostrady, drogi ekspresowe i linie tramwajowe nie wchodzą w konflikt z kościelnym konserwatyzmem oraz neoliberalną doktryną, wedle której państwo ma nie mieszać się do gospodarki, która w dobie globalizacji traktuje słabszych coraz brutalniej. Prawa człowieka znów musiały czekać na lepsze czasy."

Tryumf babci endeczki. O rozczarowaniu Unią Europejską

Zachęcam do lektury obu artykułów. Rozumiejąc działania Grzegorza Schetyny wciąż uważam, że PO nie zajmując stanowiska w żadnych sprawach światopoglądowych i nie prezentując żadnego programu, nie ma szansy na odebranie władzy PiSowi. To kwestia wiarygodności, na której deficyt Platforma chronicznie cierpi. Nie ma powrotu do polityki ciepłej wody w kranie i bez prezentacji wizji (kolejne słowo ośmieszone przez Donalda Tuska), konkretnych celów (skoro PO tak bardzo unikama słowa program) i pomysłów na działania wiarygodności tej nie da się zyskać. Elektorat, dla którego wystarczającym bodźcem jest obietnica "oderwania PiS od władzy" (też mało wiarygodna dla kogokolwiek, kto obserwuje polską politykę) jest zbyt małą grupą, by dać zwycięstwo wyborcze. Można też znaleźć bardziej wiarygodnych niż PO kandydatów do "dePisyzacji". Nowych wyborców nie zdobędzie się brakiem składania obietnic wyborczych, niezajmowaniem stanowiska w sprawach światopoglądowych i mglistą obietnicą "powrotu do normalności". Bo to "platformianą normalność" Polacy odrzucili w wyborach.

Absurdalne impresje rowerowe

Wszyscy wiemy, że Polska jest krajem absurdów, ale jeżdżąc dziś rowerem po Rembertowie odkryłem dwie perełki.
Pierwszą jest tablica postawiona z powołaniem się na autoryter Państwa, a będąca kompletnie bez sensu i w dodatku z użyciem niewłaściwego znaku:

 

Druga perełka absurdu jest większego kalibru. To przejazd kolejowy przy przystanku Zielonka Bankowa. Jest to naprawdę ewenement, nawet na skalę Polską. Otóż w ciągu ulicy Bankowej, na zmoderniozwanej linii kolejowej do Białegostoku istnieje szeroki, zaopatrzony w liczne sygnalizatory świetlne oraz pełne rogatki "pieszy przejazd kolejowy". Ten wysokiej klasy obiekt inżynieryjny, zmodernizowany za ciężką kasę ze wsparciem unijnym, położony jest 3 metry powyżej ulicy, e ciągu której leży, w związku z czym przez tory przeprawić mogą się tylko piesi, którzy wespną się po schodach, ewentualnie rowerzyści, którzy skorzystają z bardzo krętej i wąskiej rampy. Ale jak już się człowiek dostanie na górę to ma do dyspozycji najszersze przejście kolejowe w Polsce, promenadę prawie, o bardzo dużej nośności - ewidentnie przystosowane do ciężkiego ruchu towarowego.

Całość jest tak szeroka, że obiektyw nie obejmuje:

I tak, wiem, że w jakimś wielkim planie ten przejazd pewnie ma sens. Bo "przecież na tym piachu za trzydzieści lat, przebiegnie z pewnością jasna, długa, prosta, Szeroka jak morze trasa..." tylko do tego czasu to ta linia pewnie się rozyspie.

Mimo absurdów (a może także dzięki nim) było super. AP Victoria przegrała z żeńską sekcją Legii 3-4 :/

Odnośnik

O pszczołach trochę z przymrużeniem oka

Temat pszczół stał się bardzo popularny jakiś czas temu - wszyscy chyba słyszeli o spadającej populacji pszczół, masowym wymieraniu rodzin i potencjalnych konsekwencjach tej sytuacji. Katarzyna Siwiec pisząc o akcji "Pasieka Kraków" podejmuje ten temat z trochę innej perspektywy. Przeprowadzając "wywiad" z jedną z krakowskich pszczół opisuje życie tych owadów w mieście, ich zwyczaje (czasem krwawe), potrzeby(niewielkie) i to, co dają nam w zamian(dużo).

Zazwyczaj nie jestem fanem tego typu "wywiadów", ale ten wyszedł dość lekki, miejscami zabawny i całkiem pouczający. A że weekend, to zapraszam do lektury:

Mordujemy zbędne trutnie, trup ściele się gęsto... Z życia pszczół

Jednym z tych powodów, dla którego zdecydowałem się odpalić tę stronkę jest to, że po kilku latach bytności na TT brakowało mi forum do wrzucania swoich impresji rzeczywistości. Wiem, że to brzmi pretensjonalnie, ale naprawdę brakowało mi mojego miejsca, gdzie mógłbym wrzucać rzeczy, które przykuły moją uwagę.

To często bzdety, dodatkowo upośledzane przez ograniczone umiejętności, ale dziś, w drodze do pracy zachwycił mnie ten widok. Trochę absurdalny, trochę bez sensu - ale właśnie dlatego ciekawy.

Ktoś, z jakiegoś powodu zostaił tu ten skuter, który stopniowo tracąc części, robi niesamowite wrażenie odpoczywając w jednej z najładniejszych warszawskich dzielnic - Sadybie.