Przeskocz do treści

Zastrzeżenie: Nie jestem członkiem żadnej partii politycznej.

Zawsze głosuję, choć od lat bez entuzjazmu, jako że nie odpowiada mi oferta żadnej z partii. Uważam, że zbliżające się wybory są ważne i kluczowym zadaniem jest odsunięcie PiSu od władzy. Jestem jednak wyborcą, dla którego same argumenty antyPiS to za mało, by zdobyć moje poparcie. Uważam, że Platforma nadal nie wyciągnęła wniosków ze swoich porażek w ostatnich 4 latach, nadal ma problem z wiarygodnością i bycie największą partią opozycji jest dla niej w pełni satysfakcjonujące. Nieporadne działania Platformy nie mają wiele wspólnego z jej ostrą i często po prostu głupią retoryką. Ten dysonans skutecznie zniechęca mnie do głosowania na tę formację. Pojawienie się Lewicy daje mi jakiś wybór.

Cieszę się, że zdarzenia ułożyły się tak, że powstał oddzielny blok lewicy (wątpię, by był to efekt jakiegokolwiek planu, ale to już nieistotne - blok lewicy jest faktem), bo w polskim parlamencie brakuje głosu ideowej lewicy. Światopoglądowo Sejm i Senat zdominowane są od lat przez konserwatystów (w polskiej, obskuranckiej odmianie, bardzo odległej od współczesnej myśli politycznej). PiS, choć w sferze socjalnej głosi lewicowe postulaty (których nie potrafi zrealizować) partią lewicową nie jest i nerwowo reaguje na takie sugestie.

Dlatego zdecydowałem się pójść na konwencję Lewicy, by na własne oczy zobaczyć, czy sklecana na szybko formacja będzie w stanie zaproponować coś spójnego i przekonującego. Nie jest to żadna obiektywna analiza, po prostu zapis wrażeń. Pewne elementy zostały pominięte.

W skrócie: podobało mi się to, co zobaczyłem. Na konwencji sprawnie, w sposób zrozumiały dla szerokiej grupy odbiorców zarysowano postulaty lewicy (postulaty szeroko opisane poniżej). Czytelnie określono też grupę docelową: młodzi, ludzie pracy, pracownicy administracji i budżetówki, pracownicy służb mundurowych oraz Ci, którzy powinni otrzymać realne wsparcie Państwa - chorzy, emeryci i niezamożni. Elementem spinającym całą konwencję były kobiety, ich prawa i wyrównywanie szans między wszystkimi obywatelami. Mimo, że wiele postulatów lewicy można odnaleźć w programie PiS, to jednoznacznie wykluczono współpracę z tą partią (nie z powodów ideowych, ale ze względu na gwałcenie przez PiS Konstytucji, niedotrzymywanie zobowiązań i zniszczenie praworządności) - deklaracje te umacniane były żądaniem Trybunału Stanu dla ministra Ziobry i premiera Morawieckiego. Lewica konsekwentnie unika pułapki gubienia się w narracjach PiSu, co nie przeszkadza jej bardzo mocno i merytorycznie punktować tę partię. Nie poprzez platformerskie biadolenie, ale wychodzenie z konkretnymi propozycjami. Platformie również się obrywało, ale Lewica nie wykluczyła współpracy z tą partią - jeśli zgodzi się ona na postulaty socjalne i postawienie "zwykłego obywatela" w centrum uwagi.

W żadnym wystąpieniu nie zaistniał temat polityki zagranicznej.

Poniżej subiektywne podsumowanie wszystkich wypowiedzi.

Konwencja zaczęła się mocnym występem trzech dynamicznych kobiet, które zajmują pierwsze, bądź drugie miejsca na listach w swoich okręgach. Każda z nich skupiła się na innej sferze życia. Jako pierwsza głos zabrała Marcelina Zawisza.

Liderka listy w Opolu pokazała pazur i wolę walki w kwestiach ideologicznych. Mocno akcentowała postulaty feministyczne - w polskich realiach brzmiące bardzo radykalnie - ale każdy z nich był osadzany w konkretnych działaniach. Oprócz prawa do aborcji na żądanie kobiety do 12 tygodnia ciąży, mocno wybrzmiały postulaty zwiększenia finansowania ochrony zdrowia (do 6,8% PKB (jedna z niedotrzymanych obietnic PiS)), zagwarantowania dostępności opieki ginekologicznej, dofinansowania antykoncepcji, zniesienia klauzuli sumienia i wsparcia dla kobiet powracających do pracy po urlopach macierzyńskich. Wystąpienie było bardzo ostre w tonie - nawet jeśli nie ze wszystkim się zgadzam, to fajnie było usłyszeć, że ktoś z realnymi szansami dostania się do parlamentu mówi o tych ważnych sprawach otwarcie i stanowczo, a nie z zawstydzeniem i bez przekonania.

Jako kolejna głos zabrała Anna Maria Żukowska, wiceliderka listy warszawskiej. Jej wystąpienie skoncentrowane było na nowoczesnej edukacji. Wśród głównych postulatów były: pełna dostępność do edukacji niezależnie od miejsca zamieszkania czy statusu majątkowego. Dostępność do szkoły neutralnej światopoglądowo, w której każdy uczeń będzie czuł się bezpiecznie. Środkami do osiągnięcia tych celów mają być wprowadzenie zajęć antydyskryminacyjnych, z cyber bezpieczeństwa i z zakresu edukacji seksualnej. Zapowiedziała również likwidację finansowania zajęć z religii w szkołach i przeznaczenie wydawanych na ten cel 2 mld złotych na poszerzenie oferty edukacyjnej oraz zapewnienie bezpłatnego wyżywienia dla wszystkich uczniów. Istotnym postulatem było również zapewnienie bezpłatnych dojazdów do szkół dla wszystkich uczniów, mające zmniejszać wykluczenie edukacyjne. Na koniec padły deklaracje o utrzymaniu Karty Nauczyciela, co ma doprowadzić do odbudowy pozycji i godności nauczycieli oraz przywrócenie opieki pielęgniarskiej i dentystycznej w szkołach (znów niezrealizowany postulat PiS). To też było dobre wystąpienie programowe, choć niektóre postulaty są dyżurne i w mojej ocenie nierealizowalne. Jedynym nawiązaniem do PiSu była ostra krytyka (w tym personalna) deformy edukacji i byłej minister Zalewskiej.

Trzecią osobą, która zabrała głos Beata Maciejewska, liderka listy w Gdańsku, wcześniej pracująca w Słupsku, w czasie prezydentury Roberta Biedronia. Odwołując się do słupskich doświadczeń zapewniła, że Lewica będzie dążyć do prowadzenia otwartego dialogu ze wszystkimi obywatelami. I zabierać głos w imieniu tych, którzy nie mogą w polityce wygłaszać swoich postulatów - dzieci i zwierząt. Sednem jej przemówienia było jednak świeckie państwo, które ma zostać zrealizowane poprzez renegocjację konkordatu. Pojawiła się również zapowiedź likwidacji przywilejów Kościoła oraz rozliczenie winnych pedofilii. Mimo zdecydowanych tez przemówienie podkreślało konieczność prowadzenia dialogu w duchu szacunku.

Po wysłuchaniu przemówień tych trzech kandydatek miałem myśl, że właściwie na tym możnaby zakończyć konwencję. Podkreślonoby tym sposobem, że siłą Lewicy są kobiety, że Lewica stawia na młodość. To byłoby jednak zbyt radykalne posunięcie i następnie wystąpili trzej liderzy.

Pierwszy wystąpił Adrian Zandberg, który jest świetnym mówcą wiecowym, choć dla mnie pozostaje trochę przerażający. Sprawnie wyłożył swoją definicję lewicy - ugrupowania, które dąży do tego, żeby wszystkim zapewnić wolność, której warunkiem jest brak lęku o przyszłość. Jego przemówienie było skoncentrowane na kwestiach bezpieczeństwa socjalnego dla wszystkich pracujących ludzi. Złożył obietnicę podwyżek w budżetówce i administracji oraz końca umów śmieciowych w państwowych instytucjach. Zapowiedział podniesienie płacy minimalnej do 2700 złotych i wprowadzenie mechanizmu, który zagwarantuje, że najniższe uposażenia będą rosły szybciej niż inflacja. Powtórzył deklarację o zwiększeniu nakładów na ochronę zdrowia (tym razem do 7% PKB), zapowiedział zmiany w systemie refundacji leków (leki na receptę po 5 złotych), a także zagwarantowanie wydawania przez Państwo 2% PKB na naukę, co doprowadzić ma do rozpędzenia nowoczesnej gospodarki. Kolejnym tematem była gospodarka mieszkaniowa (deklaracja budowy miliona mieszkań w 10 lat) oraz zakończenie spraw związanych z reprywatyzacją (uderzenie w PiS i USA). Celem programu mieszkaniowego jest umożliwienie rodzinom wynajęcia pierwszego mieszkania za kwotę 1000 złotych.

Następnie na scenę wyszedł stary wyjadacz, Włodzimierz Czarzasty. Pierwsza część jego przemówienia miała charakter ustrojowy. Dużo było o łączeniu podzielonych i zwaśnionych ludzi w oparciu o konstytucję i zapisane w niej państwo prawa, sprawiedliwość społeczną i społeczna gospodarka rynkową. Szeroko przytaczał fragmenty konstytucji wskazując, że wartości w niej zawarte są tożsame z wartościami głoszonymi przez Lewicę. Podkreślał wynikające z konstytucji prawa obywateli - te konkretne, bliskie skórze - prawo do edukacji, zdrowia, szacunku i usług publicznych, przysługujących niezależnie od stanu portfela. Druga część była bardzo polityczna, pełna mocnych uderzenień w PiS i ministra Ziobrę oraz pełna setek dla mediów ("Panie Ziobro, czy to nie jest tak, że pan jest świństwogenny?"). Padły deklaracje, że Lewica doprowadzi do rozliczenia rządów PiSu (w tym premiera Morawieckiego) i przywrócenia praworządności. Oberwało się też PO za zwijanie Państwa na prowincji. Następnie wyłożył plan likwidacji umów śmieciowych i wprowadzenia szeregu praw (urlopy, chorobowe), które będą przysługiwać niezależnie od formy zatrudnienia. Mówił o przywróceniu praw nabytych służb mundurowych, podniesieniu pensji w administracji (do 3500 złotych) i zadeklarował podniesienie rent i emerytur (minimum na poziomie 1600 złotych). Ciekawym posunięciem było wprowadzenie obowiązkowej certyfikacji dla firm, "Certyfikatu Sprawiedliwości", dla uzyskania którego firmy będą musiały doprowadzić do zrównania zarobków kobiet i mężczyzn pracujących na tych samych stanowiskach.

Jako ostatni wystąpił Robert Biedroń. Początek to dużo uśmiechów, dużo łoł, trochę zabrakło świeżości. Robert powtarzał z emfazą dobrze znane przemówienie oparte na hasłach "wolność, a nie kontrola", "wspólnota, a nie wojna" oraz "współpraca, a nie Państwo dla wybranych". Przemówienie najmniej programowe, najbardziej ogólne, chyba o lewicowych wartościach. Wolność, solidarność, wspólnota. Oprócz tego ekologia (czyste powietrze), prawa zwierząt (likwidacja ferm futerkowych i chowu klatkowego). Istotnym elementem były prawa kobiet, ale tu dużo bardziej przekonująca była Marcelina. Zapowiedział wprowadzenie związków partnerskich i ustawową równość małżeńską. I w tym momencie rozległ się alarm pożarowy i przeprowadzono sprawną ewakuację budynku.

Nie jestem fanem zawodowego sportu i nie zamierzam się odnosić do elementu sportowego. Jednak po burdach na niedzielnym meczu w Poznaniu, w czasie spotkania Legii z Lechem na klawiaturę ciśnie się kilka refleksji.

Lech Poznań od lat ma problemy z chuliganami, o nieformalnych i formalnych powiązaniach klubu z nimi (chuliganami, którzy sami siebie uważają się za kibiców) media piszą od lat. Problem jest stary, znany i nie widać chęci jego rozwiązania. Nie widać też skutecznych działań innych organów odpowiedzialnych za zapewnienie bezpieczeństwa w trakcie widowiska jakim jest mecz piłkarski drużyn ze szczytu tabeli "Ekstra"Klasy.

Wydarzenia z ubiegłego weekendu są porażką przynajmniej trzech podmiotów. PZPN jako odpowiedzialnego za organizację całości rozrywek, władz klubu, które nie są w stanie sobie z problemem poradzić i Policji, której działania wzbudzają zadziwienie.

PZPN wiedział (tak jak każdy, kto choć trochę interesuje się tematyką zawodowej piłki nożnej), że mogą być problemy w trakcie meczu. W soszialach sypały się ostrzeżenia, że jeśli chuligani zakłócą przebieg spotkania "konsekwencje będą poważne".

Klub wiedział, że mogą być problemy w trakcie meczu. A jednak na stadion wniesiono materiały pirotechniczne, a nawet stroje, które uniemożliwiają identyfikację, bo zakrywają chuligana od stóp po czubek głowy, czyniąc videoidentyfikację trudno, bądź nawet niemożliwą. Śmiem twierdzić, że osoby planujące tę zadymę nie są przypadkowymi widzami, a raczej najbardziej "zaangażowanymi w życie drużyny" osobnikami, którzy uważają, że mają prawo do takich zachowań. Zapewne są oni dobrze znane władzom klubu.

Policja, która twierdzi, że interweniować może dopiero po wezwaniu organizatora, która od miesięcy świetnie sobie radzi ze ściganiem ludzi blokujących marsze faszystów, która nie waha się używać siły wobec pokojowych manifestantów, a która od ponad pół roku nie jest w stanie zidentyfikować uczestników Marszu Niepodległości niosących rasistowskie hasła, których zatrzymanie obiecywał minister spraw wewnętrznych, jest w stanie tylko biadolić na Twitterze, że zamaskowanych chuliganów trudno identyfikować:


To naprawdę tak nie może być. Na klub nie liczę, bo ewidentnie woli ryzykować kary niż rozwiązać problem. Ale PZPN powinien wyciągnąć realne konsekwencje wobec klubu. Walkover jest oczywistością, kary finansowe również, ale jedyną naprawdę bolesną karą jest degradacja klubu. Nie o jedną ligę. Być może do samego dołu. Tylko odcięcie klubu od strumienia pieniędzy z praw telewizyjnych i marketingowych oraz zmuszenie go do ciężkiej pracy oraz pięcia się w górę może być dostatecznie silnym sygnałem ostrzegawczym dla innych klubów. Żal normalnych kibiców i żal piłkarzy, ale klub miał lata, by problem załatwić.

Do Policji też tracę nadzieję. PiS doprowadził ją, jak większość innych organów Państwa do skrajnego upolitycznienia. Zmarnowano lata pracy nad wizerunkiem tej organizacji i podważono zaufanie do niej. Po wydarzeniach w Poznaniu, ze strony politycznego nadzoru nad Policją, płyną informacje, że konsekwencje będą stanowcze, spotkał się jeden komitet z drugim, minister z wojewodą i tak to leci. A sukcesów w ściganiu idiotów - czy to chuliganów, czy to rasistów i wzywających do nienawiści na tle rasowym - brak. Bo zwalczanie prawdziwych zagrożeń dla bezpieczeństwa, w przeciwieństwie do wyimaginowanych zagrożeń dla partii rządzącej nie leży w interesie "Prawa i Sprawiedliwości"

Na szybko pierwsza refleksja pozakupowa na WTK. Jedną z nabytych pozycji jest nowa książka profesora Grzegorza W. Kołodki "Czy Chiny zbawią świat?". Jak zwykle czyta się ją świetnie, ale chciałem tu przytoczyć - oczywiście celem zachęcenia Was do lektury tej książki - jeden akapit z "Refleksji Początkowych". Świetnie obrazuje on aktualny stan gry na świecie, wpisuje się dobrze w wiele z innych, czytanych przeze mnie lektur i prowokuje do jednego komentarza, który umieszczam pod cytatem.

Do niedawna wydawało się, że odpowiedź o kierunek, w jakim będzie zmierzał świat, zależy od tego, w jakim stopniu Zachód się sprawdzi. Dziś już widać, że Zachód się nie sprawdza, że współczesnej partii gry o jutro nie potrafi dobrze poprowadzić, nie daje sobie bowiem rady z rozwiązywaniem fundamentalnych wyzwań cywilizacyjnych i nie potrafi zagwarantować nie tylko całej ludzkości, lecz nawet samemu sobie, egzystencjalnej racjonalności.  Trzy epokowe wyzwania, z którymi trzeba sobie poradzić, aby o tę racjonalność skutecznie się zatroszczyć, to problem ludnościowy, kwestia ekologiczna i syndrom zróżnicowania dochodów. Te trzy zadania trzeba rozwiązywać jednocześnie ze względu na sprzężenia, jakie między nimi występują. Trzeba powiedzieć wyraźnie: albo będą one rozwiązane razem, albo w ogóle nie będą rozwiązane - z katastrofalnymi konsekwencjami. W świecie przyszłości siła tych związków będzie jeszcze większa, mimo rozmaitych neonacjonalistycznych resentymentów i "staro-nowego" ekonomicznego protekcjonizmu. Z tymi schorzeniami wprawdzie będzie można sobie poradzić, ale tylko wtedy, gdy zostaną pozbawione pożywki, na której wyrastają, a która daje im dotychczasowa nieskuteczność w przeciwstawianiu się narastającym trudnościom.

Dla równowagi wstawiam poniższy artykuł z WSJ Davida Runcimana, który stawia tezę, że choć chiński model rozwoju osiąga doskonałe rezultaty wyciągając z biedy setki milionów obywateli, to jednak jest on prawdziwą alternatywą dla modelu zachodniego. Nie tylko jest on nieatrakcyjny, bo sprzeczny z wartościami społeczeństw zachodnich, ale też wymaga poważnego przeglądu na chińskim podwórku, bo wraz z rozwojem ekonomicznym, aspiracje również chińskiej klasy średniej zacznie wymuszą zmiany.

Króciutki komentarz:

Wydaje się, że diagnoza kryzysu Zachodu jest już całkiem precyzyjna. Choć do podanych przez profesora Kołodkę trzech elementów z pewnością można dopisać kilka innych, to jednak kluczowe jest stwierdzenie, że wyzwaniem są nie tylko same problemy, ale brak wizji jak na nie odpowiedzieć. Nieodmiennie nasuwa mi się tu skojarzenie z naszą polską polityką i biadoleniem o braku lidera, który mógłby poprowadzić społeczeństwo po populistycznych rządach PiSu, które żadnych fundamentalnych problemów nie rozwiązują. A to przecież nie tak. Ani w krajowej polityce, ani w europejskiej, czy tym bardziej polityce Zachodu nie pojawi się nagle rycerz na białym koniu, który porwie setki milionów obywateli i rozwiąże piętrzące się problemy. Świat jest już zbyt skomplikowany i wzajemnie splątany, do postępu nie wystarczą charyzmatyczne jednostki przekonane, że mają pomysł na wszystko.

Jak dalej pisze profesor Kołodko, od globalizacji ucieczki nie ma, ale dogonić ją musi polityka, która w żaden sposób nie nadąża za postępem technologicznym i gospodarczym. Polityka, która w końcu musi zacząć rozwiązywać współczesne problemy gospodarcze, ekologiczne i społeczne, a nie rozgrywać XIX wojenki symboliczne. Ta nowoczesna polityka, aby móc odpowiadać wyzwaniom usieciowionego świata musi opierać się na współpracy szerokich grup ludzkich, świadomych wyzwań i szukających kompleksowych rozwiązań. Zachód jest spolaryzowany, i nawet wybitne jednostki nie są w stanie odpowiednio zmobilizować społeczeństw, by zmierzyły się one z problemami. Gwałtowna mobilizacja jedynie swoich "wyznawców" w kontrze do innych naprawdę nie wystarczy. Nawet w skali samej Europy tych "innych" zawsze będzie więcej niż tych "naszych" (prawdziwych Polaków, chrześcijan, spadkobierców królów itp.)" i napuszczając jednych na drugich nie pójdziemy naprzód, bo blokujących "na złość" zawsze będzie zbyt wielu.

Alternatywą jest autentyczna zapaść naszej cywilizacji albo narzucenie nam zmian przez kogoś, kto będzie umiał je wdrożyć. Z zyskiem dla głównie siebie.

W ramach lektury do korpoobiadu polecam wywiad z Januszem Piechocińskim, księciem polskiego Twittera. Na TT znany z trzymania się faktów i statystyk, w wywiadzie mówi przekonująco o gospodarce i polityce. Wyważony, choć zdecydowany głos, taki którego bardzo brakuje w naszej sferze publicznej.

2 cytaty na zachętę:

MG: Twitter żyje posłem Żalkiem, który obraził protestujących niepełnosprawnych i Macierewiczem, którego auto miało wypadek, ale podobno byłego ministra wcale w tym aucie nie było. A nie tym, że mleko potaniało w skupie.

 

JP: A ja piszę o mleku, ponieważ ludzi powinny interesować zupełnie inne tematy niż Macierewicz. Afrykański pomór świń jest wewnątrz kraju, bo Krzysztof Jurgiel, kiedy trzeba było działać, wolał tylko mówić o dzikach i płocie na granicy. Poseł Żalek? Niech mu ktoś przypomni, kiedy jako kandydat na prezydenta Białegostoku był pytany o specyficzne dla regionu sprawy, a w odpowiedzi uciekł w ocenianie 25 lat polskiej polityki, jakby sam w niej nie siedział - najpierw był w AWS, potem w PO, a teraz w PiS.

 

Wie pan, świat przyspieszył, a ludzie, którzy mają głęboką wiedzę i duże doświadczenie, boją się dziś odezwać. Bo narzuciliśmy sobie - nie tylko w polityce - radykalną narrację. Neobolszewizm. Polega on na tym, że wychodzi taki i mówi, że on się wypowiada w imieniu ludu i w związku z tym ma rację. I wypowiada się radykalnie, żeby lud mu klaskał.

Niestety Janusz Piechociński nie planuje powrotu do czynnej polityki.

Wywiad jest dostępny na portalu gazeta.pl

3

Choć nie jest moją intencją, by wrzucać tu teksty głównie o polityce, to przy niedzielnym poranku o polityce właśnie będzie. Bo choć ten #mikroblog ma być odtrutką na zaczadzenie polityką, wynikające ze ślęczenia na Twitterze, to polityka pozostaje dla mnie ważna.

Przeglądając prasę natknąłem się na dwa artykuły, które warte są czytania razem. Pierwszy z nich to analiza Michała Kolanko w Rzeczpospolitej, naświetlająca strategię Grzegorza Schetyny. Analiza może być odpowiedzią na nurtujące wielu zwolenników PO pytanie dlaczego partia ta nie prowadzi spójnej ofensywy programowej, koncentrując się jedynie na działaniach "politycznych". Czy takie działania przewodniczącego umożliwią odzyskanie władzy okaże się w ciągu dwóch najbliższych lat. Chyba nikt mu więcej czasu nie da.

Artykuł dostępny jest tu: Kolanko: Długi marsz Schetyny 

Drugi artykuł to publicystyka Stanisaława Skarżyńskiego. Artykuł niby nie jest o PO, styl jest dosyć ciężki - choć oczywiście może się podobać - ale dla mnie istotna jest teza dotycząca Platformy właśnie. Nie jest ona specjalnie nowa, ale uderza mocno i w mojej opinii celnie. Jest to generalizacja krytyki Tuskowej "ciepłej wody w kranie".  Autor argumentuje, że rządy PO skoncentrowane na modernizacji infrastruktury, przy całkowitym zaniechaniu modernizacji społecznej i ostentacyjnym ignorowaniu prawdziwego fundamentu UE, jakim jest poważne traktowanie praw człowieka rozumianych jako dbanie o godność obywateli doprowadziło nas tu, gdzie jesteśmy.

"Osiem lat rządów Platformy Obywatelskiej miało być czasem, gdy Polska rzeczywiście przyjmie europejskie standardy cywilizacyjne. Tak się nie stało, ale znów wytłumaczyliśmy to sobie właściwościami tutejszej władzy. Europeizacja za czasów PO-PSL znalazła wyraz tylko w projektach infrastrukturalnych – mówiliśmy sobie – bo autostrady, drogi ekspresowe i linie tramwajowe nie wchodzą w konflikt z kościelnym konserwatyzmem oraz neoliberalną doktryną, wedle której państwo ma nie mieszać się do gospodarki, która w dobie globalizacji traktuje słabszych coraz brutalniej. Prawa człowieka znów musiały czekać na lepsze czasy."

Tryumf babci endeczki. O rozczarowaniu Unią Europejską

Zachęcam do lektury obu artykułów. Rozumiejąc działania Grzegorza Schetyny wciąż uważam, że PO nie zajmując stanowiska w żadnych sprawach światopoglądowych i nie prezentując żadnego programu, nie ma szansy na odebranie władzy PiSowi. To kwestia wiarygodności, na której deficyt Platforma chronicznie cierpi. Nie ma powrotu do polityki ciepłej wody w kranie i bez prezentacji wizji (kolejne słowo ośmieszone przez Donalda Tuska), konkretnych celów (skoro PO tak bardzo unikama słowa program) i pomysłów na działania wiarygodności tej nie da się zyskać. Elektorat, dla którego wystarczającym bodźcem jest obietnica "oderwania PiS od władzy" (też mało wiarygodna dla kogokolwiek, kto obserwuje polską politykę) jest zbyt małą grupą, by dać zwycięstwo wyborcze. Można też znaleźć bardziej wiarygodnych niż PO kandydatów do "dePisyzacji". Nowych wyborców nie zdobędzie się brakiem składania obietnic wyborczych, niezajmowaniem stanowiska w sprawach światopoglądowych i mglistą obietnicą "powrotu do normalności". Bo to "platformianą normalność" Polacy odrzucili w wyborach.