Przeskocz do treści

(wpis na szybko)

Jak donoszą media, jedna ze spółek Polskiej Grupy Zbrojeniowej utraciła na skutek oszustwa miliony złotych, przelewając je na podstawione numery rachunków.

Można się z tego śmiać, można załamywać ręce, ale takie przypadki zdarzają się bardzo, bardzo często. Konsekwencją przyspieszenia obiegu pieniędzy i upraszczania procedur (wszytko dla klienta :P) jest otwieranie się nowych możliwości dokonywania oszustw przez złodziei.

Dla przypomnienia, bo wiele osób wciąż nie zdaje sobie z tego sprawy:

Jeśli wysyłacie komuś pieniądze przelewem bankowym, jedyną informacją, którą bank weryfikuje jest poprawność numeru konta. Bank nie wie, czy wpisany przez Was numer rachunku faktycznie należy do odbiorcy, którego tak pracowicie wstukaliście w polecenie przelewu. Każdy przelew, któremu jako odbiorcę wpiszecie odbiorcę "Kubuś Puchatek", czy "Królewna Śnieżka") zostanie zrealizowany. Wasze pieniądze wylądują na wskazanym przez Was rachunku.

Dlatego, szczególnie w obrocie między firmami, jeśli otrzymacie informację (mailem, listem, czy jakkolwiek inaczej), że Wasz kontrahent zmienia numery rachunków, zawsze weryfikujcie taką informację. 

Weryfikacja jest prosta - nie odpowiadajcie na takiego maila, bo nie macie pewności do kogo Wasza prośba o weryfikację trafi - jeśli otrzymana wiadomość jest próbą wyłudzenia pieniędzy, będziecie pytać oszustów, czy na pewno zmienili numer rachunku...

Zadzwońcie. Po prostu weźcie telefon w rękę i zadzwońcie do swojego kontrahenta. Niech ktoś, z kim połączenie inicjujecie Wy, potwierdzi Wam zmianę rachunku bankowego, oraz przedyktuje Wam nowy numer. Trwa to moment, a może Wam oszczędzić wielu nieprzyjemności.

W dobrze zarządzanych korporacjach to powszechna praktyka. Powinna być powszechna wszędzie, Wasze pieniądze naprawdę łatwo ukraść.

1

7 lutego Gazeta Wyborcza opublikowała kolejne dokumenty dotyczące projektu deweloperskiego prowadzonego przez spółkę Srebrna, będącą na wiele sposobów powiązaną z Jarosławem Kaczyńskim. Sprawa jest bardzo skomplikowana i trudno za nią nadążyć. W tym wpisie nie podejmuję się analizy całości sprawy, moją intencją jest zebranie kilku informacji o opublikowanych dzisiaj dokumentach. Przypominam, że jeszcze do wczoraj PiS twierdził, że żadnych faktur nie ma i dlatego nie było podstawy do płacenia firmie Nuneaton. Dziś GW twierdzi, że faktury były.

http://wyborcza.pl/7,75398,24436316,tasmy-kaczynskiego-premierze-oto-faktura-ujawniamy-rachunek.html

Opublikowany przez Gazetę Wyborczą dokument wzbudza pewne wątpliwości, które pogłębia fakt, że redakcja zdecydowała się go opublikować w formie przyciętej. Z drugiej strony ten dokument jest jednym z kilku, które według GW są złożone w prokuraturze jako dowody w sprawie wytoczonej przez Geralda Birgfellnera o oszustwo. Trudno uwierzyć, że ktoś w takiej sprawie składałby lewe dokumenty, których weryfikacja mogłaby przysporzyć mu wielu problemów.

Opublikowany przez GW dokument, według redakcji wskazujący na to, że przedstawiciele Srebrnej kłamią w sprawie budowy biurowców wygląda tak:

Wzbudza on wątpliwości natury formalnej. Spółki Nuneaton są... dwie (witamy w skomplikowanym świecie spółek celowych). Różnica w nazwie jest subtelna, szczególnie wobec faktu, że na przytoczonej fakturze nie zmieściła się pełna nazwa sprzedawcy. Oto dlaczego

  • Spółka A: Nazwa: "Nuneaton spółka z ograniczoną odpowiedzialnością", KRS 0000655036, NIP 525 269 08 05, z siedzibą przy ulicy Grzybowskiej w Warszawie
  • Spółka B: Nazwa: "Nuneaton spółka z ograniczoną odpowiedzialnością spółka komandytowa", KRS0000669113, NIP 525 270 3896, z siedzibą przy ulicy Chałubińskiego, wcześniej również na Grzybowskiej. Zmiana adresu zarejestrowana w KRS 11.04.2018

Dlaczego to istotne? Opublikowana przez GW faktura opatrzona jest NIPem spółki A, ale adresem spółki B. Dodatkowo, opublikowana faktura nie zawiera pełnej nazwy Sprzedawcy (nazwa ucięta na "odpowiedzia") co powoduje, że trudno stwierdzić, która z dwóch przytoczonych spółek wystawiała fakturę. Decydujący jest NIP, ale wtedy adres sprzedawcy jest nieprawidłowy.

Takie błędy się zdarzają i mogą być efektem niechlujstwa, albo celowym działaniem. Nie da się tego rozstrzygnąć na podstawie tego, co wiemy. Odbiorca faktury powinien dostrzec błąd i zgłosić go do sprzedawcy, a błędną fakturę odrzucić*. Przedstawiciele Srebrnej do 06.02.2019 twierdzili, że nie było żadnych faktur i dlatego ich nie opłacali. Nie było mowy o otrzymaniu błędnie wystawionej faktury.

W publikacji Gazety Wyborczej nie widzimy też skanu całej strony. To istotne, bo w dalszej części mogą być istotne adnotacje (na przykład o przyjęciu faktury, bądź jej odrzuceniu). Dodatkowo, ponieważ faktura wystawiona przez Nuneaton jest refakturą kosztów, to w tej części, której nie widzimy powinny być też wskazane faktury, na podstawie których koszty są refakturowane. I być może są, ale przedstawiciele Srebrnej twierdzą, że nigdy nie zostały wskazane... no ale przecież podobno żadnej faktury nigdy nie było. Ktoś tu kręci, być może wszyscy, a GW dolewa oliwy do ognia selekcjonując informacje.

Te wszystkie skomplikowane sprawy można łatwo wyjaśnić. Łatwo można sprawdzić, czy faktura była faktycznie wystawiona, dostarczona w okresie, który opisuje, czy jej wady to wynik pomyłki, czy mataczenia.

Wszystkie podmioty wymienione na tej fakturze są płatnikami VAT. Obejmuje je obowiązek okresowego wysyłania do urzędu skarbowego jednolitego pliku kontrolnego. W pliku takim uwzględnia się wszystkie wystawione i otrzymane faktury VAT. Jeśli Nuneaton, bądź Srebrna uwzględniły fakturę FA/4/2018 w swoich raportach, to jednoznacznie potwierdza to fakt istnienia takiej faktury i wprowadzenia jej do obrotu gospodarczego (nawet jeśli FV były obciążone błędami formalnymi). Niesie to za sobą skutki finansowe, bo podmiot wystawiający fakturę musi uiścić od niej VAT, a przyjmujący fakturę może sobie obniżyć podatek należny o kwoty przelane wystawiającemu.

Jeśli faktur tych w JPK nie ma, to jest to kolejne podważenie wiarygodności opublikowanego dokumentu. Bo wygenerować taki dokument jest łatwo, dopiero osadzenie go w odpowiednich rejestrach potwierdza jego legalność. Tworzenie lewych faktur i wprowadzanie ich do obrotu jest przestępstwem, więc nikt tego bez ważnego powodu by nie zrobił, a już szczególnie nie składałby takiego dokumentu do prokuratury. W tym wariancie liczba scenariuszy rośnie lawinowo, więc nie będę ich analizował z braku danych.

Skoro faktury są w prokuraturze jako dowód, to nic nie stoi na przeszkodzie by prokuratura sięgnęła do plików JPK. Żaden wysiłek, dużo odpowiedzi dostępnych od ręki. Ale czy prokuratura będzie chciała to zrobić? Wszyscy tu w coś grają, a cel gry pozostaje niejasny.

*jak słusznie zwrócił mi uwagę @MarcinBranto błędny adres na fakturze nie jest błędem zwalniającym strony z zapłaty należności, choć należy wystąpić o jej korektę. Należność wynika z umowy między stronami, faktura jedynie dokumentuje przepływy. Pisząc "odrzucić" nie miałem na myśli niepłacenia należności, tylko zwrócenie się o korektę właśnie. Zbyt duży był to skrót myślowy. 

Źródło:

https://e-prawnik.pl/porady-prawne/nieprawidlowy-adres-na-fakturze.html


2

Jeśli w ostatnich kilku latach:

  • udostępniliście komuś dane ze swoich dokumentów (np. dowodu osobistego)
  • zostawiliście swoje dokumenty komuś w depozycie
  • utraciliście swoje dokumenty (i nawet je odzyskaliście)
  • ktoś miał do Waszych dokumentów dostęp
  • korzystacie z autoryzacji SMSowej

To powinniście ten wpis przeczytać.

Wpis zainspirowany jest artykułem w Gazecie Wyborczej, który serdecznie polecam:

http://wyborcza.pl/7,155287,24369036,jozef-kruk-kiedy-byl-u-rehabilitanta-stracil-z-konta-1-1-mln.html

Dla tych, którzy nie mogą uzyskać dostępu do artykułu, bądź mniej ich interesuje konkretne human story, poniżej opisuję mechanizm lawinowo przyrastających przypadków kradzieży.

Ten wpis jest o tym, co może spotkać każdego z nas. O zdarzeniu, o którym każdy "ktoś, coś słyszał", ale nie bierzemy go serio, póki nie spotka właśnie nas. O czymś co przytrafia się kilkudziesięciu tysiącom ludzi w Polsce każdego roku. O czymś, co będzie mieć wiele nieprzyjemnych konsekwencji, z którego skutkami trzeba będzie walczyć wiele lat i zawsze będzie nas słono skosztować.

Zjawisko zwane "kradzieżą tożsamości" jest szeroko opisywane na Zachodzie - zarówno w prasie, jak i w popkulturze. Wiele osób uważa, że nas ono nie dotyczy, bo nasz system bankowy jest nowoczesny (słusznie!), stworzony już w epoce internetowej i na pewno o wszystkim pomyślano. Tymczasem jest zupełnie inaczej. Nowoczesność, szybkość i wygoda obsługi są cechami wysoko cenionymi przez klientów. Banki, starając się wyjść naprzeciw potrzebom klientów uruchamiają nowe produkty, które choć wydają się bezpieczne (i banki zapewniają, że takie właśnie są) to mogą być przyczyną wielu problemów. Nie tylko dla klientów banków. Ofiarą przestępstw związanych z kradzieżą danych osobowych może paść ktoś, kto nigdy z usług banku nie korzystał. Dosłownie KAŻDY.

Jak to możliwe?

Jak zwykle w złożonych systemach jeden czynnik nie wystarcza do skutecznego przeprowadzenia wyłudzenia. Ale kombinacja dwóch, pozornie niezwiązanych czynników już w zupełności wystarcza.

Pierwszy czynnik jest dość unikalny dla Polski. To tak zwane dokumenty kolekcjonerskie. To dokumenty (dowody osobiste, prawa jazdy itp.) identyczne z prawdziwymi, ale o treści dowolnie modyfikowanej. Możliwe jest zamówienie np. dowodu osobistego z prawdziwymi danymi, ale wydrukowanym innym zdjęciem. Produkcja takich dokumentów jest zgodna z prawem, ofert w internecie nie brakuje, do niedawna można je było zamawiać nawet na allegro. Nielegalne jest używanie takich dokumentów do popełniania przestępstw, ale to przecież nie jest coś, co mogłoby złodziei zniechęcać. Koszt wyrobienia to do kilkuset złotych. Wygląd jest identyczny z oryginalnym (także hologramy itp.) zaś wpisywane dane dowolne:

To jest print ze strony jednej z firm dostarczających "karty kolekcjonerskie"
Przykładowy dowód ze strony jednej z firm oferujących "karty kolekcjonerskie"

Drugi czynnik, który w założeniu miał ułatwić i przyspieszać klientom banków weryfikację tożsamości jest smsowa autoryzacja. Wiele pisze się o tym, ile zagrożeń dla naszego bezpieczeństwa finansowego stanowią smartfony. Oszustom, którzy chcą nas okraść dostęp do naszego smartfona - nieważne czy fizyczny, czy poprzez na przykład zhackowane aplikacje - w ogóle nie jest potrzebny.  Kluczowa jest nasza karta SIM, którą... niezwykle łatwo uzyskać.

Mechanizm

Chcąc kogoś okraść, złodziej musi wyrobić sobie dokumenty kolekcjonerskie zawierające nasze poprawne dane ale ze zdjęciem osoby, która będzie brała udział w przestępstwie. Wielu z Was w tym momencie pewnie stwierdzi, że jest bezpieczna, bo przecież nikt nie ma dostępu do danych z Waszego dowodu osobistego. Nic bardziej mylnego. Wiele firm, z których usług korzystamy domaga się, bądź jeszcze niedawno domagało się, możliwości zrobienia kopii naszych dokumentów. Czy to kserokopii, czy przysłania zdjęcia naszych dokumentów. Operatorzy telefonii komórkowej, hotele, czy nawet banki przechowywały obrazy naszych dokumentów. Wielu z nas się na to godziło, wychodząc z założenia, że przecież to czarno-białe kopie, z którymi nic nie można zrobić. Nie bierzemy wtedy pod uwagę, że te kopie zawierają pełen zestaw danych potrzebny do stworzenia pełnego dokumentu kolekcjonerskiego, którego żaden szeregowy pracownik nie odróżni od oryginału. I nawet jeśli te kserokopie są właściwie przechowywane i odpowiednio niszczone, a żaden pracownik ich nie wyniósł celem sprzedaży zainteresowanym przestępcom, a Wam wydaje się, że sprawa Was nie dotyczy... jesteście w błędzie.

Nigdy nie zostawiliście swoich dokumentów w miejscu, do którego ktoś niepowołany może mieć dostęp? Złodziejowi danych wystarczy kilka sekund by skopiować dane Waszych dokumentów, a potem je Wam nawet z uśmiechem oddać - "zostawiła Pani torebkę...". Wy w akcie radości, że nic Wam nie zginęło szybko o sprawie zapomnicie. A dowód osobisty jest ważny 10 lat...

Mając Wasze dane, złodziej wyrabia sobie "kolekcjonerski dowód osobisty" z Waszymi danymi, ale zdjęciem osoby przez siebie wybranej i udaje się do salonu operatora GSM. Jego głównym celem wcale nie jest zakup telefonów na raty na Wasz koszt, celem jest wyrobienie sobie duplikatu Waszej karty SIM z numerem, którego używacie do otrzymywania haseł SMSowych, służących do autoryzacji operacji z wielu obszarów Waszego życia. Otrzymawszy duplikat (pracownik punktu sprzedaży nie ma prostego sposobu weryfikacji Waszej tożsamości, a tym bardziej motywacji by to zrobić skoro złodziej przedstawił wiarygodny dokument) złodziej ma wiele możliwości działania. Wy dostajecie tylko SMSa o zrealizowanej dyspozycji wymiany karty SIM, po czym Wasz telefon przestaje działać. Tymczasem przestępca:

  • Może uzyskać dostęp do Waszego istniejącego konta (na przykład legitymując się Waszym dowodem i mając kontrolę nad numerem do haseł autoryzacyjnych może otrzymać w oddziale banku pakiet startowy umożliwiający dostęp do konta online)
  • Może dokonać zakupów na raty, bądź działając szybko wziąć wiele kredytów gotówkowych bo metodą, którą banki i spółki kredytowe stosują by potwierdzić Waszą tożsamość przy udzielaniu kredytów online jest żądanie podania danych z dowodu osobistego i dokonanie przelewu "na 1 złoty" z istniejącego już konta (vide punkt pierwszy). Decyzja o wypłacie środków i ich wypłata zazwyczaj zapada w mniej niż godzinę.
  • Może założyć sobie online konto bankowe na Wasze dane, z którego będzie mógł korzystać do "potwierdzania" swojej (a właściwie to Waszej) tożsamości jeszcze bardzo długo i kompletnie poza Waszą kontrolą

Brzmi skomplikowanie? Dla złodziei to pestka, w końcu to ich zawód.

Wy w tym czasie, jeśli nawet już zauważyliście, że Wasz telefon przestał działać (a jeśli korzystacie z netu po wifi, może to potrwać całkiem długo, bo kto dziś czyta SMSy?) to jeśli jest to Wasz jedyny telefon, to nie bardzo macie jak zareagować.

Jakie są skutki dla Was?

Złodzieje działają na dwa sposoby. Jeśli trafią na osobę zamożną, to najpierw czyszczą jej konto, a potem biorą tyle kredytów ile zdążą, stosując różne zabiegi. Muszą się spieszyć, bo dane o nowych umowach są często przekazywane do BIK z opóźnieniem, a im zależy przecież na maksymalnym wykorzystaniu Waszej zdolności kredytowej, która spada wraz z każdym zobowiązaniem.

Jeśli ich ofiarą padnie osoba niezamożna, próbują wziąć tyle kredytów ile im się uda w parabankach.

Kwoty mogą być różne - od pożyczek po kilkaset złotych, po przelewy idące w miliony. Problem polega na tym, że działalność naszych służb w tego typu sprawach jest powolna, a banki są niewspółpracujące.

Okradziona osoba staje przed koniecznością udowodnienia, że to nie ona zaciągała zobowiązanie. Procedura sądowa jest długotrwała, wymaga determinacji i... pieniędzy. Jeśli zostaliśmy okradzeni na niewielkie kwoty (ale w kilku transakcjach), to droga przez sądy niewarta jest świeczki. Szybciej i łatwiej jest po prostu spłacić nieswoje zobowiązanie.

Przy dużych kwotach nie pozostaje nic innego, niż walka w sądzie z bankami i udowodnienie, że nie jest się wielbłądem, a jedynym naszym błędem był brak dbałości o ochronę danych osobowych.

Jak się chronić?

  • jeśli w ostatnich kilku latach zdarzyło się Wam udostępnić komuś Wasze dokumenty, pozwoliliście mu sfotografować swoje dokumenty, bądź wynotować z nich dane - wymieńcie dowód osobisty, a stary zastrzeżcie. Wymiana dowodu jest obecnie bezpłatna, tak samo jak zastrzeżenie go w międzybankowych bazach danych
  • jeśli w ostatnich kilku latach straciliście kontakt ze swoimi dokumentami i ktoś niepowołany mógł mieć do nich dostęp bez nadzoru- wymieńcie dowód osobisty.
  • jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości czy powyższe sytuacje miały miejsce, pobierzcie z BIK swój raport kredytowy. Raz na pół roku jest on w wersji podstawowej bezpłatny.
  • jeśli w raporcie znajdziecie cokolwiek wzbudzającego wątpliwości możecie w BIK założyć usługę powiadamiania o każdym nowym zapytaniu kredytowym przesłanym przez banki i inne instytucje, i każdym nowym zobowiązaniu. Umożliwi Wam to szybkie działanie w sytuacji kryzysowej. Jest to usługa płatna, ale uważam, że każdy powinien ją mieć.

Wpis ten dedykuję również politykom i urzędnikom którzy od lat nie są w stanie doprowadzić do tego, by nasze podstawowe dokumenty były lepiej zabezpieczone. Zmiana dowodów z papierowych na plastikowe w żaden sposób nie poprawiła ich zabezpieczeń. Nadal wszystkie dane są na nich zapisane w sposób umożliwiający pełny ich odczyt każdemu, kto je widzi.

1

W napiętej sytuacji na dziennikarzach spoczywa szczególna odpowiedzialność za publikowane treści. Na przykładzie tweetów Michała Szułdrzyńskiego

Do napisania tej notki sprowokowały mnie dwa tweety Michała Szułdrzyńskiego, zastępcy redaktora naczelnego Rzeczpospolitej. W kilkudziesięciu znakach popełnił masę błędów, a jego reakcja wskazuje, że naprawdę nie rozumie dlaczego to, co napisał było nieodpowiedzialne i nieprofesjonalne. Wpis składa się z dwóch części: Teoretycznawej (sic!) i fabularyzowanej. Jeśli ktoś nie ma czasu na czytanie wywodów, zapraszam na sam dół na opowiastkę.

Choć nie jestem dziennikarzem, to z powodów zawodowych często bywam na konferencjach, na których dziennikarze prezentują swoje poglądy na temat roli dziennikarstwa w dobie social mediów. Dominującymi tezami zazwyczaj są:

  • dziennikarze są niezbędni, bo weryfikują informacje i w zalewie wątpliwych doniesień odfiltrowują i publikują fakty. Fakty rozumiane jako informacje sprawdzone i wiarygodne
  • do suchych faktów dodają kontekst, który umożliwia słabiej poinformowanym odbiorcom zrozumienie konsekwencji zdarzeń, o których piszą
  • pod tym, co piszą podpisują się sami, biorąc odpowiedzialność za publikowane treści, dodatkowo wspierając się autorytetem swojej redakcji.
  • Publikują odpowiedzialnie - nie chodzi tu o cenzurę treści, ale odpowiedni dobór formy ich przekazania, tak by informowały, a nie szokowały odbiorców.
  • odpowiedzialność ta jest nie tylko moralna - jest zapisana w prawie, które precyzuje konsekwencje za błędy dziennikarzy, nakłada na nich dodatkowe obowiązki i karze redakcje za umyślne wprowadzanie odbiorców w błąd.

Powyższe, bardzo ogólne założenia są fundamentami pozycji mediów w społeczeństwie, źródłem ich dodatkowych przywilejów w dostępie do informacji, źródłem prestiżu i zaufania. Jeśli są właściwie realizowane, to demokratyczne społeczeństwo może (jeśli chce) działać w sposób poinformowany.

Pojawienie się Facebooka i Twittera, które dla wielu stały się głównym źródłem informacji, choć nie informowanie, a angażowanie użytkowników jest celem działania tych portali, dołożyło dziennikarzom dodatkową warstwę odpowiedzialności. Wiele redakcji wprowadziło i stale aktualizuje wytyczne dla dziennikarzy dotyczące ich aktywności w social mediach. Są one różnej jakości i różnie respektowane - a szkoda, bo internet to potężne narzędzie, które może służyć informowaniu społeczeństwa, ale może również bardzo szkodzić społeczeństwu. Tweet Michała Szułdrzyńskiego z 14 stycznia 2019 w 115 znakach pokazuje jak łatwo zaprzeczyć zasadom opisanym powyżej, a jego kontynuacja z 15 stycznia tylko podkreśla niezrozumienie konsekwencji nieprzemyślanego publikowania w social mediach.

Tweet redaktora Szułdrzyńskiego brzmiał tak:

Tweet ten jest pozornie informacyjny, o czym autor zapewniał następnego dnia:

Redaktor Szułdrzyński się myli. Jest dokładnie na odwrót niż pisze. Zanim wyjaśnię to bardziej szczegółowo, niezbędne jest podanie kontekstu tych publikacji.

14 stycznia 2019 roku ogłoszono, że na skutek odniesionych obrażeń zmarł zaatakowany poprzedniego dnia prezydent Gdańska, Paweł Adamowicz. Zdarzenie to, które miało miejsce na scenie, w obecności tysięcy ludzi, w trakcie finału WOŚP wstrząsnęło krajem. Wiadomość dotarła do każdego chyba obywatela i wywołała falę dyskusji nad agresją, która zatruła wiele sfer życia. Dyskutowano też nad napędzającym emocje językiem nienawiści, w którym powszechnie dopatrywano się jednej z przyczyn ataku.

Media tradycyjne i elektroniczne wypełniły się wezwaniami do opanowania, wyciszenia emocji oraz zawieszenia i ucywilizowania walki politycznej. Przodowali w tym dziennikarze i publicyści, którzy doskonale zdają sobie sprawę, że istniejące w kraju podziały i silna polaryzacja społeczeństwa są konsekwencją działań nie tylko polityków, ale również mediów.

Sytuacja 14 stycznia była dynamiczna, ale atmosfera w kraju bardzo napięta. Tonowanie nastrojów było niezbędne, bo istniała możliwość eskalacji zdarzeń i kolejnych aktów agresji. Aby umożliwić ludziom upust żalu, w całym kraju organizowane były marsze żałobne, w wielu kościołach modlono się za zamordowanego prezydenta i choć na kilka godzin próbowano wygasić spory polityczne i ideologiczne.

Sam redaktor Szuldrzyński dzielił się swoją wizją, jak w scenariuszu idealnym powinny rozgrywać się wydarzenia dnia:

A wieczorem, w poczuciu obowiązku(?) pan Szułdrzyński napisał te właśnie słowa:

Na mszy w katedrze w intencji śp Pawła Adamowicza odprawionej przez kard. Nycza nie dostrzegłem żadnego polityka PO

To nie jest tweet informacyjny. To nie jest tweet potrzebny. W kontekście wydarzeń jest po prostu fatalny.

  • Redaktor pisze, że "nie dostrzegł". Czy to jest fakt? Nie, to jest opinia. Stwierdzenie "w katedrze nie było żadnego polityka PO" byłoby przekazaniem faktu. Czegoś, za co autor bierze odpowiedzialność, gdyby okazało się mylne. Stwierdzenie "nie dostrzegłem" jest zapisem wrażenia pana redaktora. Czymś, z czego można się natychmiast wycofać, gdyby fakty zaprzeczyły wrażeniu. Gdyby na przykład jakiś polityk PO był jednak obecny w katedrze, ale przeżywając żałobę zajął miejsce gdzieś z boku, nie na widoku, jak to mają w zwyczaju robić nasi politycy przebywający w kościołach, formułka "nie dostrzegłem" teoretycznie zwalnia z odpowiedzialności za błąd.
  • W bardzo napiętej sytuacji stwierdzenie, że nie dostrzegł przedstawicieli konkretnej partii, jest stygmatyzowaniem. Wskazywaniem palcem konkretnej grupy ludzi i stawianiem jej w opozycji do jakiejś "innej reszty". W tym konkretnym kontekście jest to działanie skrajnie nieodpowiedzialne i podkręca emocje, a nie informuje.
  • Msza w katedrze nie była wydarzeniem państwowym. Nawet w Polsce uczestniczenie w mszy jest domyślnie działaniem w sferze prywatnej. Nie ma żadnego obowiązku brania udziału w mszach (których tego dnia w Polsce było wiele). Dlaczego dziennikarz uznał za stosowne publiczne informowanie o nieuczestniczeniu konkretnej grupy osób w intymnym wydarzeniu jest dla mnie niepojęte.

W reakcji na nieprzychylne komentarze redaktor Szułdrzyński napisał:

Ten tłit nie zawierał opinii. Tylko informację. Prawdziwą. Ci, którzy się oburzają, że go napisałem, oburzają się na fakty? Lepiej byłoby je zataić?

Otóż nie. Zawierał opinię, nie zawierał informacji. Nie da się jednoznacznie stwierdzić, czy przytoczone opinia jest prawdziwa, czy nie. Redaktor Szułdrzyński dramatycznie pyta, "Czy lepiej byłoby te fakty zataić?" Nie, nie zatajać. Ale publikowanie ich nie ma żadnego sensu. Nie przemawia za tym żaden interes publiczny. To działanie po prostu zbędne. W sytuacji, kiedy wiele osób w tym dniu pisało, że lepiej zachować milczenie, niż bez sensu chlapać, powinno to być chyba oczywiste dla każdego. A dla dziennikarza w szczególności.

Dla osób, do których powyższe nie przemawia proponuję takie ćwiczenie z wyobraźni.

W odległym kraju, dawno temu, była sobie nad wielką rzeką wieś. Wieś odcięta od świata, jej mieszkańców nie interesowały sprawy księstwa. Całą uwagę mieszkańców koncentrował spór dwóch największych rodzin - Kowalskich i Nowaków. Wieś była liczna, ale te dwie rodziny sprowadziły się na miejsce jako pierwsze i narzucały porządek całej reszcie. Nawet jeśli nie było się z klanu Kowalskich, czy klanu Nowaków, trudno było żyć bez deklarowania lojalności wobec jednej z rodzin. Konflikt trwał od dawna, nikt nie pamiętał dokładnie od czego się zaczął. Czasem tlił się w utajeniu, czasem wybuchał z pełną mocą - do tego stopnia że lała się krew.

Pewnego wieczoru, już po zmroku, w szykującej się do snu wsi zaczął się rwetes. Zbiegł się tłum, szybko okazało się, że w rzece topi się Marylka Kowalska. Wszyscy, jak żywi, rzucili się na ratunek, każdy pomagał jak umiał, niestety Marylka zmarła. Szok dla mieszkańców był straszny, bo Marylka, jako osoba dobra i miła była lubiana przez prawie wszystkich. Wieś całą noc nie spała, a następnego dnia wiele osób zebrało się w gospodzie, by wspólnie przeżyć traumę i powspominać tragicznie zmarłą.

Po dwóch głębszych, siedzący w rogu gospody Marek, zawsze próbujący trzymać się trochę z boku, unikający zaangażowania w spór między rodzinami, rzucił nagle przed siebie, do nikogo konkretnie: A jak Marylka Kowalska wczoraj tonęła, to ja jakoś nie widziałem żadnego Nowaka na brzegu!

Co się działo dalej, możemy się tylko domyślać, bo po tym, jak zgromadzeni w gospodzie i nie żałujący sobie przy żałobie trunków Kowalscy i Nowakowie rzucili się sobie do gardeł nie przeżył nikt, kto mógłby tę historię dokończyć.

Tak oto jeden głupi tekst, w złym momencie może stać się przyczyną wydarzeń strasznych, na co przykładów w historii nie brakuje.

Odbywszy dziś szkolenie dla członków obwodowych komisji wyborczych pozbyłem się złudzeń, że te wybory mogą się odbyć normalnie. 

To wszystko jest tak skomplikowane, że nie ma możliwości, by wszędzie odbyło się w zgodzie z procedurami. Jakie to polskie - stworzyć wściekle sformalizowany i skomplikowany system, którego nikt tak naprawdę nie stosuje. 

Za 11 dni wybory samorządowe. Jako obywatel typu zaangażowanego staram się do aktu wyborczego podchodzić poważnie. Wybory samorządowe są najbardziej skomplikowanym głosowaniem, w jakim bierzemy udział. Jednego dnia głosujemy na radnych gminnych, powiatowych, wojewódzkich oraz wójtów, burmistrzów czy prezydentów.

Mieszkam i głosuję na wsi, gdzie wybory lokalne są mniej upolitycznione. Na poziomie rady gminy przynależność partyjna kandydatów jest bez znaczenia, w wyborach do powiatu partyjne komitety wyborcze służą raczej jako wehikuł organizacyjny niż element mobilizujący elektorat. Na dwóch najniższych szczeblach samorządu poza metropoliami naprawdę głosuje się na ludzi, których się zna. Sytuacja zmienia się na poziomie wojewódzkim, gdzie kandydaci są już zazwyczaj zupełnie anonimowi. Nie korzystają z przywilejów polityków Sejmu i Senatu, którzy mogą brylować w mass mediach, a ze względu na wielkość okręgów wyborczych, startujący mieszkają często dziesiątki kilometrów od swoich wyborców i nie mają szansy do nich dotrzeć przez media lokalne czy spotkania na żywo.

Kandydaci do sejmików mają więc problem. Problem mają również świadomi wyborcy, którzy nie chcą oddawać głosu "w ciemno". Nie jest żadną tajemnicą, że od lat nie ma partii wyborczej, która wywoływałaby mój entuzjazm i z braku laku oraz bez entuzjazmu często oddaję swój głos na PO. Zastanawiając się na kogo oddać głos w najbliższych wyborach postanowiłem więc przyjrzeć się dokładniej kandydatom Koalicji Obywatelskiej w moim okręgu. Zadanie okazało się dużo trudniejsze niż sądziłem i doprowadziło mnie to do kilku wniosków natury ogólnej o mechanizmach rządzących tymi wyborami. Raczej niezbyt wesołych. Zapraszam do lektury felietonu.

  1. Okręg wyborczy numer 6, województwo mazowieckie.
    W sejmikach obsadzamy 9 mandatów (spośród 51), uprawnionych do głosowania jest ponad 720 tysięcy osób (na ponad 4 miliony mieszkańców województwa). Powierzchnia okręgu to 12500 km kwadratowych, czyli ponad 24 razy więcej niż miasto Warszawa.
  2. Koalicja Obywatelska w wyborach do Sejmiku wystawiła 11 kandydatów (o dwoje więcej niż jest mandatów do obsadzenia). 
    Kandyduje 5 kobiet i 6 mężczyzn. Średni wiek i mediana wieku kandydata z tej listy to 52 lata (dużo!) Najmłodsza kandydatka ma 42 lata, najstarszy kandydat ma lat 62. Parytet płci jest więc na liście zachowany, zaskakuje jednak brak kandydatów młodszych niż 40 lat.
  3. Okręg wyborczy obejmuje 10 powiatów, kandydaci pochodzą z 9 spośród nich. Nie jest reprezentowany powiat ostrowski, zaś powiat siedlecki reprezentuje aż trzech kandydatów. Mimo to, reprezentacja terytorialna jest dobrze odwzorowana.
  4. Spośród wszystkich kandydatów i kandydatek tylko osoba startująca z jedynką na liście zasiada obecnie w sejmiku i jest członkiem Zarządu Województwa Mazowieckiego. Spośród wszystkich startujących doświadczenie samorządowe (czy to w samorządzie, czy instytucjach samorządowych) ma 1/3 kandydatów czyli cztery osoby. Pozostałe osoby to głównie lokalni przedsiębiorcy i pracownicy oświaty. Co ciekawe, z listy Koalicji Obywatelskiej startuje również wysoko posadzony związkowiec (OPZZ).
  5. Powyższe czynniki powinny kształtować kampanię wyborczą KW Koalicji Obywatelskiej. Stawka w wyborach jest duża - województwa, w przeciwieństwie do powiatów, dysponują szerokimi strumieniami finansowymi (miedzy innymi z programów unijnych), mogą zapewniać liczne i dobrze płatne posady. Istnieje też motywacja polityczno prestiżowa - w potocznym odbiorze wybory samorządowe wygrywa ta partia, która obejmuje władze w sejmikach (także w koalicjach) i nominuje najwięcej zwycięskich prezydentów i burmistrzów miast. A jak jest w istocie? 

Poprzednie wybory były nietypowe - nieszczęsne "książeczki wyborcze" najprawdopodobniej zaburzyły wyniki wyborów. W 2014 w moim okręgu PSL zdobyło 4 mandaty, tyle samo zdobył PiS, a 1 mandat przypadł PO. Wydawałoby się, że wobec przywrócenia płachtowego systemu głosowania Koalicja Obywatelska powinna stawać na głowie by poprawić swój wynik wyborczy. Tymczasem kampanii na poziomie wojewódzkim praktycznie nie ma, w mojej części okręgu nie dzieje się nic. Nie ma informacji o kandydatach, nie ma żadnych spotkań, nie ma nawet plakatów. Poza macierzystymi miejscowościami kandydatów ich nazwiska nie mówią wyborcom praktycznie nic.

W tej sytuacji wydawałoby się, że kandydaci skierują się do internetu by promować swoje kandydatury i nawiązać kontakt z wyborcami w tym rozległym okręgu. Proste i oczywiste, prawda? A rzeczywistość jest następująca:

  1. Na 11 kandydatów żaden nie ma strony www. Liderka listy wprawdzie linkuje do swojej strony w profilu na fb, ale strona ta nie istnieje
  2. Na 11 kandydatów pięcioro ma odnajdywalną stronę na fb, ale tylko liderka listy ma profil publiczny
  3. Test googlowy kandydatów (przegląd pierwszych czterech stron wyników w czystym google, po wpisaniu imienia i nazwiska):
    Za wyjątkiem liderki listy, wyniki nie informują o żadnej społecznej działalności 8 na 11 kandydatów. Dominują wpisy związane z KRS i działalnością biznesową kandydatów. O jednym z kandydatów google nie wie nic. Mimo, że jest on dyrektorem muzeum. Jest to naprawdę duże osiągnięcie. 
  4. Strona komitetu wyborczego to kpina - poza wymienieniem kandydatów nie ma na niej żadnych informacji, danych kontaktowych ani biogramów. Więcej o tym na sam koniec felietonu 🙂

Co w tej sytuacji może zrobić wyborca chcący poznać kandydatów? Niewiele. I nie jest to zaskoczeniem - wydaje się, że strategią komitetu wyborczego jest wyszarpanie tego jednego, jedynego mandatu dla liderki. Rolą pozostałych kandydatów jest zebranie dodatkowych głosów, które ułatwią komitetowi przekroczenie progu umożliwiającego wzięcie udziału w podziale mandatów.
W normalnej sytuacji, kiedy w wyborach do sejmiku listy rejestrowałyby partie, taka sytuacja nie byłaby niczym dziwnym. Dla PO mój okręg nie jest istotny, regularnie tu przegrywa wszystkie wybory (moim zdaniem od lat występuje tu sprzężenie zwrotne - słaby okręg, więc partia wystawia kandydatów trzeciego sortu). To, co zaskakuje, to że te wybory są nietypowe i KW powinny stosować inne niż zwyczajowe strategie. KW Koalicja Obywatelska grupuje przedstawicieli więcej niż jednej partii. Na liście reprezentowani są nie tylko ludzie Platformy, ale również Nowoczesnej czy lewicy. Przynajmniej Ci ludzie powinni wykazać się jakąś aktywnością kampanijną - gdyby komitet był monopartyjny klasyczna strategia "wszyscy gramy na lidera" byłaby zrozumiała. W tych wyborach realnie starających się o elekcję powinno być kilku kandydatów. Ale ich nie ma, mimo że ordynacja działa tak, że aktywność poszczególnych kandydatów służy całej liście, a w mniejszym stopniu jest zagrożeniem dla lidera.

Smutne to, bo kandydaci się nie starają, wyborcy z braku informacji nie mają realnego wyboru. A potem jest płacz, że wyborcy bierni i w nosie mają "demokrację". Jak Kuba bogu, tak bóg Kubie.

I na koniec, dla tych, co dotarli do tego miejsca wisienka na torcie.

Tak wygląda strona KW prezentująca kandydatów w moim okręgu. Aż zachęca do nawiązania kontaktu, prawda?

To już ponad dwa tygodnie bez Twittera. O dziwo wcale mi go nie brakuje, choć ręka czasem sama bierze telefon w rękę i scrolluje w poszukiwaniu ikonki.

Za to okazało się, że jednak czasem lubię pogadać przez telefon i wreszcie czytam te wszystkie artykuły w rozlicznych zaprenumerowanych czasopismach.

Jest też czas na spacery 🙂

2

Aktualizacja (23.08.2018)

Zgodnie z informacjami z ostatniej „Lokalnej”:

Zamknięcie Okuniewskiej w Sulejówku nastąpi w piątek (24.08) wieczorem, bądź w poniedziałek (27.08) rano. Zaplanowana organizacja ruchu przewiduje, że Okuniewska będzie jednokierunkowa (kierunek tylko w do Warszawy) z punktowym ruchem wahadłowym (tak, wiem, że ruch wahadłowy na ulicy jednokierunkowej zdaje się być bez sensu).

Dodatkowo, remont mostu w Okuniewie został przedłużony do końca października, co oznacza, że jeśli zima przyjdzie wcześnie, to remont przeciągnie się do wiosny :/

Zdecydowałem się stworzyć ten wpis w związku ze zbliżającym się wielkimi krokami pandemonium komunikacyjnym w Sulejówku, które będzie miało duży wpływ na możliwość dotarcia do pracy samochodem dla mieszkańców Sulejówka, Halinowa i gmin ościennych. Sednem wpisu jest porównanie kosztów różnych wariantów kombinacji biletowych, tak żeby każdy mógł sobie wyrobić zdanie o istniejących możliwościach. Poczytacie o tym poniżej, ale najpierw słowo wyjaśnienia.

Zaczynając od trzeciego kwartału 2018 czekają nas następujące atrakcje drogowe:

  1. Kontynuacja remontu mostu w Okuniewie w ciągu drogi 637 (termin zakończenia koniec października)
  2. Kompleksowa przebudowa drogi 637 (Warszawa-Węgrów) na całym odcinku przebiegającym przez Sulejówek (prace zaplanowane na 2 lata)
  3. W 2019 rozpoczęcie budowy tunelu pod torami kolejowymi przy Lidlu (prace zaplanowane na 2 lata)
  4. W 2019 budowa węzła autostradowego w Zakręcie i przebudowa dróg lokalnych przy McDonaldzie spinająca Południową Obwodnicę Warszawy z drogami na Terespol, Lublin i licznymi lokalnymi (do 2020, pewnie dłużej :/).
  5. W bonusie jest jeszcze równoległa budowa tuneli pod torami w Wesołej i Rembertowie.

Jak wynika z powyższego, przez dwa lata wszystkie nasze drogi umożliwiające wjazd do Warszawy od wschodu będą przebudowywane w tym samym czasie. Wielu z dojeżdżających samochodami zapewne rozważy przesiadkę do pociągów. I tu czeka nas kolejna niespodzianka. Będzie Was wielu, bo na powyższe nałożą się jeszcze kolejne czynniki:

  1. Dojeżdżający samochodami do Warszawy Wesołej i Warszawy Woli Grzybowskiej, którzy teraz robią tak, żeby kupować bilety tylko na pierwszą strefę ZTM/WTP nie będą tego mogli robić, bo remonty dróg uczynią dojazd do tych dwóch przystanków kolejowych koszmarem
  2. Od września 2018 Sulejówek umożliwia swoim mieszkańcom kupno znacznie tańszych biletów dwustrefowych (bilet metropolitalny) ale rozważa równocześnie ograniczenia możliwości parkowania przy przystankach Sulejówek/Sulejówek Miłosna dla mieszkańców gmin ościennych

Ergo, od września dojeżdżający do tej pory samochodami do przystanków kolejowych obsługiwanych przez SKM Warszawa (czy to ze względów ekonomicznych, czy praktycznych) napotkają sporo trudności. W tej sytuacji dla części z podróżnych alternatywą będzie wsiadanie do pociągów Kolei Mazowieckich już w Halinowie. Wiąże się to z dodatkowymi kosztami, a że wspólna taryfa KM/WTP obowiązuje tylko do przystanku WWA Wola Grzybowska (I strefa) lub Sulejówek Miłosna (II strefa) jest kilka kombinacji taryfowych, które należy rozpatrzyć.

I Wariant wygodny

Koszt: 276 złotych miesięcznie 
Bilet miesięczny ZTM/WTP na dwie strefy (180 złotych) i miesięczny KM (96 złotych) na odcinku Sulejówek Miłosna - Halinów. Jest to wersja dla dojeżdżających codziennie, dająca pełną elastyczność - jeśli czasem zostawicie samochód w Sulejówku, nadal możecie do niego z Warszawy dojechać wszystkimi pociągami (zarówno KM, jak i SKM). Albo dojechać SKM do Sulejówka i dopiero tam przesiąść się w KM - zazwyczaj jest już sporo luźniej.

II Wariant ekonomiczny regularny

Koszt 238 złotych miesięcznie
Bilet miesięczny ZTM/WTP na pierwszą strefę (110 złotych) i miesięczny KM (128 złotych) na odcinku Warszaw Wola Grzybowska - Halinów. Jest to wersja dla dojeżdżających codziennie, zawsze na trasie WWA - Halinów. Skoro i tak interesują Was dojazdy tylko do Halinowa (ale potrzebujecie korzystać z usług ZTM/WTP w Warszawie), to pociągi SKM raczej Was nie interesują - bo do Halinowa nie dojeżdżają. Ta opcja daje Wam ewentualną możliwość podjechania S2 do WWy Woli Grzybowskiej z nadzieją, że wsiadając tam w pociąg docelowy spotkacie się z mniejszym tłokiem.

III Wariant ekonomiczny regularny, nieelastyczny

Koszt 110 złotych miesięcznie
Bilet miesięczny KM (110 złotych). Cena jest niezależna od tego, gdzie na linii średnicowej chcecie dojechać. Rośnie (o 4 złote) dopiero jeśli chcecie dojeżdżać za Warszawę Zachodnią czyli np. do Mordoru albo na lotnisko. Jest to wersja dla dojeżdżających codziennie z Halinowa do Warszawy, pod warunkiem, że nie korzystacie z autobusów, tramwajów, metra oraz SKM. Tylko pociągi KM.

IV Warianty dla dojeżdżających nieregularnie

Jak to przy rzeczach nieregularnych, wariantów jest bez liku. Warto jednak odnotować, że jeśli i tak macie kartę miejską to:

  • Jeśli macie kartę ZTM/WTP na pierwszą strefę, to jeśli chcecie jeździć z Halinowa rzadziej niż 11 dni w miesiącu - nie opłaca się kupować dodatkowo biletu miesięcznego KM na odcinek WWA Wola Grzybowska - Halinów. Taniej jest korzystać z biletów jednorazowych na KM.
  • Jeśli macie kartę ZTM/WTP na dwie strefy, to jeśli chcecie z Halinowa rzadziej niż 15 dni w miesiącu - nie opłaca się kupować dodatkowo biletu miesięcznego KM na odcinek Sulejówek Miłosna- Halinów. (przypominam, że dni roboczych w miesiącu jest około 22)

Jak widać z powyższego, wariantów jest sporo i warto jest je rozważyć. I tak jest drogo, choć jeśli do pracy macie 30 km, to koszt paliwa i eksploatacji samochodu jest znacząco wyższy.

Dane aktualne są na dzień 21.08.2018 a obliczenia są pod tym linkiem

1

Wiele zostało już powiedziane o pomyśle organizacji "referendum konstytucyjnego" przez Prezydenta Dudę. Ogłoszone w tym tygodniu propozycje 15 pytań, na które mieliby odpowiedzieć obywatele, wzbudziło wiele komentarzy, z których przygniatająca większość jest negatywna bądź drwiąca. Osoby śledzące polską politykę z pewnością znają krytyczne opinie profesor Romaszewskiej z Kancelarii Prezydenta, czy profesor Ewy Łętowskiej. Równie znaczące jest milczenie obozu politycznego Prezydenta - pojedyncze głosy, które pojawiły się w przestrzeni publicznej raczej dystansują się od pomysłu Andrzeja Dudy, ale są one nieliczne - temat dla PiS nie istnieje.

Prawo i Sprawiedliwość nie tylko nie popiera tego pomysłu, ale nigdy ceteris paribus, nie przyłoży do niego ręki. Oprócz powodów powszechnie krążących w mediach widzę dwa powody dla takiego stanu rzeczy. Być może nie są to argumentu główne, ale w mojej opinii ważne.

Po pierwsze, obowiązująca konstytucja jest PiSowi na rękę. Jest świetnym "chłopcem do bicia". Większość obywateli nie rozumie dyskusji prawników na jej temat, jest ona odbierana w sposób emocjonalny - co  jest politykom bardzo na rękę. Obywatel stawiany wobec sporu o konieczność jej zmiany, jeśli nie chce, nie musi rozumieć na czym polegają wady i zalety obecnej konstytucji. Wystarczy, że w spolaryzowanym społeczeństwie wierzy, że obowiązująca ustawa zasadnicza jest zła, jest praprzyczyną wszelkich problemów kraju. W oczach wielu obywateli jest zdyskredytowana i wszelkie niepowodzenia rządu można na nią zwalać. To, choć absurdalne wytłumaczenie, jest bardzo wygodne dla obozu rządzącego. Ponieważ jej wartość została w oczach elektoratu zanegowana, nie ma problemu by ją łamać. No przecież ona zła jest, ta konstytucja. "Skoro ją łamiemy, to dlatego, że jest zła, a my przecież chcemy tylko, żeby było lepij." Wobec tego splotu ocen konstytucji i praktyki politycznej nie ma żadnej zachęty do uchwalenia nowej ustawy zasadniczej. Dla rządu nie ma lepszej sytuacji niż brak norm ustrojowych, bo wszelkie ich naginanie i łamanie da się uzasadnić wyimaginowaną wadliwością rozwiązań. Hulaj dusza, piekła nie ma.

Po drugie, obecny obóz rządzący jest niezdolny do stworzenia nowej ustawy zasadniczej. Pomijając już fakt, że wątpliwym wydaje się uzyskanie wymaganej większości w Sejmie, to po prostu nie widać, co PiS chciałby zmianą konstytucji osiągnąć. Tu nie wystarczą przekazy dnia i głosowanie nocą nad poprawkami pisanymi na kolanie. Dotychczasowa praktyka legislacyjna obecnej kadencji Parlamentu wskazuje, że partii rządzącej brakuje zdolności merytorycznych do przeprowadzania w parlamencie złożonych aktów prawnych. Mimo szumnych zapowiedzi w kampanii wyborczej zapewniających o świetnym przygotowaniu partii do przeprowadzenia niezbędnych reform systemowych, na półmetku kadencji widać, że żadnych projektów w słynnej błękitnej teczce Beaty Szydło nie było, po prawie trzech latach rządzenia nadal ich nie ma, co więcej nie widać by toczyły się nad nimi rzeczywiste, a nie pozorowane prace. Dla przypomnienia, chodziło między innymi o następujące reformy systemowe:

  • reforma systemu podatkowego
  • reforma Kodeksu Pracy
  • reforma systemu sądów
  • reforma Kodeksu Karnego
  • reforma systemu zabezpieczeń społecznych

W żadnej z wymienionych wyżej dziedzin nie przeprowadzono zmian systemowych. System podatkowy zmieniany jest wyrywkowo i pod bieżące potrzeby. Istotne zmiany całego systemu podatkowego, mogące uczynić go bardziej sprawiedliwym, mniej uznaniowym i przejrzystym nie są nawet analizowane. Nakładane są jedynie nowe podatki, zazwyczaj bez konsultacji i analizy, za to w trybie ekspresowym.

Moment na zmiany w Kodeksie Pracy i Państwowej Inspekcji Pracy jest wymarzony. Po raz pierwszy w historii III RP mamy sytuację powszechnego deficytu pracowników. Przemyślane zmiany w prawie pracy mogłyby uzyskać przychylność wszelkich interesariuszy - możliwe jest przeprowadzenie zmian wprowadzające nasze przepisy w XXI wiek i usunięcie niezliczonych fikcji zawartych w bieżącym kodeksie. Zamiast tego projekt, nad którym grupa ekspertów pracowała dwa lata okazał się ćwiczeniem teoretycznym bez żadnego poparcia politycznego. I tak, po raz kolejny, rynek pracy regulowany jest przez "niewidzialną rękę rynku" - po raz pierwszy pracownicy mają więcej argumentów niż przedsiębiorcy - a zmiany rynku pracy zamiast w sposób przemyślany i planowy, odbywają się żywiołowo. Niewidzialna ręka rynku w przypadku mowy o pracę jest rozwiązaniem nieefektywnym i rodzi patologie, o których napisano już całe tomy. A pomysłu na reformę brak.

Konieczność reformy sądów nie jest tematem kontrowersyjnym. Zanim PiS zaczął się sprawą, istniał konsensus, że sądy powszechne powinny funkcjonować lepiej. Konsensus to jednak coś, co PiSowi śmiertelnie zagraża, bo potrzebna jest mu polaryzacja i możliwość pomiatania każdym, choć trochę inaczej myślącym. Zmiany wprowadzone przez PiS nie rozwiązały żadnego z problemów sądownictwa (to, że jest coraz gorzej potwierdzają badania), a "reforma" ograniczyła się do zmian personalnych. Na stanowiska wprowadzono sędziów o często wątpliwych osiągnięciach, nie usunięto za to przeszkód, które utrudniają funkcjonowanie systemu sądowego na co dzień.

Reforma Kodeksu Karnego dla odmiany, nie wydawała się pilącą potrzebą. Została jednak wprowadzona do programu partii rządzącej i podobno minister Ziobro w zaciszu gabinetu pracuje nad programem kompleksowych zmian KK. Lata płyną, o projekcie nic nie słychać. Minister pewnie czeka na wzmocnienie swojej pozycji w partii i spróbuje przepchnąć swój tajny kodeks karny na jakimś nocnym posiedzeniu parlamentu.

Jako wielki sukces polityki społecznej rządu wciąż przytaczany jest program 500 plus. Ustawa wprowadzająca ten nieskomplikowany mechanizm redystrybucyjny ma 31 stron, z czego merytorycznych jest kilka artykułów. To dobrze opracowany kawałek legislacji - wytrzymuje próbę czasu i nie wymaga ciągłych modyfikacji. Natomiast nie jest to zmiana systemowa. System opieki społecznej w Polsce nadal pozostaje fikcją, nie do końca wiadomo czemu ma służyć, a jego działanie woła o pomstę do nieba. Zmiany wprowadzane są na rympał, jak w przypadku poprawek wprowadzonych przy okazji sejmowego protestu Rodziców Osób Niepełnosprawnych. Nie ma tu żadnego pomysłu, żadnego planu  (ktoś pamięta szumny projekt "za życiem" autorstwa rządu Beaty Szydło? Piękny był, wielopunktowy, rozpisany na działania i harmonogramy...)

Powyższe uwagi to tylko wycinek, który prowadzi do sedna. Rząd nie dysponuje ani wolą, ani zapleczem merytorycznym, ani środkami do zmiany konstytucji.

  • Nowa konstytucja nie mogłaby być łamana. Jak tu ignorować "własną, autorską konstytucję", wygodniej jest deptać obecną, wrażą
  • Konstytucja to nie jest ustawa, którą można wciąż poprawiać na kolejnych posiedzeniach parlamentu. Musi to być spójny, systemowy projekt. Nie można do niej podejść jak do ustaw sądowych, które zmieniane są co posiedzenie, bo ustawodawca nie przewidział, nie pomyślał, albo jakaś jednostka "bruździ"
  • Przez prawie trzy lata rządów, PiS nie był w stanie przygotować ani jednego projektu reform systemowych. Konstytucja to najbardziej złożona ustawa, bo określa ramy ustrojowe dla wszystkich innych działań, wpływa na każdy inny akt prawny. Nieprzemyślane zmiany mogą skutecznie sparaliżować działanie Państwa.